Podróżnicza klepka- jest albo jej nie ma

niedziela, 7 lutego 2016
data:post.title


Nie każdy rodzi się od razu wielkim wynalazcą, top modelką czy profesorem nauk fizycznych… Tak samo jest z …podróżnikami. Jednak oni w przeciwieństwie do reszty społeczeństwa posiadają w swoim umyśle pewną niezwykłą klepkę. Taki pierwiastek dawnych odkrywców, źdźbło duszy Ikara, wbudowany do głowy kompas, który nieustannie wskazuje nowe kierunki, nasuwa myśli, gdzie by tu jeszcze wyruszyć…



Jak z dziecka, które bało się stąpnąć na piasku, przeobraziłam się w zakręconą na punkcie odkrywania świata dziewczynę, która codziennie wpada na pomysł kolejnej wyprawy i kim moim zdaniem jest prawdziwy podróżnik?



Zacznę od początku…

Nie od razu miałam ochotę wyruszyć na koniec świata. Na początku podróżowali moi rodzice, jednak z braku odpowiednich możliwości (rozklekotane radzieckie samoloty i te sprawy…) ich wyjazdy kończyły się na Europie lub niedalekiej Azji… Oczywiste więc było to, że kiedy na świecie pojawiło się ich długo wyczekiwane dziecko, od razu planowali je gdzieś zabrać. Jako mała dziewczynka uwielbiałam Bałtyk. Na wakacyjny wyjazd pakowałam się miesiąc wcześniej, potem sto razy coś wypakowywałam, bo jak tu się obyć bez szczoteczki do zębów przez cztery tygodnie, skoro ona i tak leży w torbie? Przed wyjazdem rozkładałam na dywanie koc, układałam w rządkach maskotki i udawałam, że jedziemy samochodem nad morze albo opalamy się na plaży. Po kilku latach odkrywania przeróżnych zakątków polskiego wybrzeża oraz kilku pasm górskich od Sudetów do Karpat moi rodzice postanowili pokazać mi Turcję.

Samolot? Nowy kraj? Ciepła woda w morzu i prawdziwe  palmy? To była dla mnie kompletna abstrakcja… Przed wyjazdem na lotnisko żegnałam się z każdą maskotką, rybkami w akwarium i ciocią, którą przytulałam cztery razy.  A kiedy wsiadłam do ciasnego samolotu? Poczułam mój podskakujący żołądek kiedy wzbijałam się w powietrze, zostawiałam za sobą malutkie lotnisko i ludzi w punkcie widokowym, którzy wyglądali jak kolorowe mrówki… To było to! Od tamtej pory uwielbiam latać samolotem!

Moja pierwsza daleka podróż miała miejsce w czasie kiedy panował prawdziwy bum na zorganizowane wycieczki z biur podróży i hotele "All Inclusive", dlatego moje pierwsze zagraniczne wyjazdy odbywały się właśnie w taki sposób. Dla innych dzieci te hotele z basenami i zjeżdżalniami były rajem na ziemi, a dla mnie… nudą nie do zniesienia. Cały czas męczyłam rodziców, że chcę iść na spacer za miasto, przechadzkę wzdłuż plaży albo wycieczkę do innej miejscowości na własną rękę. Właśnie taka forma mnie fascynowała, a moi rodzice nigdy długo nie protestowali. Nasi znajomi dziwili się, że jako kilkuletnie dziecko potrafię cały dzień zwiedzać i spacerować. Mogłam chodzić po kilkanaście kilometrów dziennie i dalej chciałam więcej. Tak właśnie to wszystko się zaczęło. Nie wstydzę się tych czterogwiazdkowych hoteli, bo wiem, że dzięki nim zrozumiałam jak podróżować nie chcę. Przez jeden tydzień można zobaczyć tak wiele cudownych miejsc i przeżyć tyle spontanicznych przygód. Ale można także zaszyć się na basenowym leżaczku i popijać drinka z palemką. Jest to oczywiście przyjemne i całkiem kuszące, jednak dla mnie niesatysfakcjonujące… Wiem jak smakują obie alternatywy, więc teraz mogę świadomie dokonać wyboru. No właśnie… teraz.

Jak wygląda moja pasja podróżnicza w praktyce?

Żyję od wyjazdu do wyjazdu, dlatego moja codzienność składa się z trzech faz:

1. Planowanie kolejnej podróży. Jestem osobą spontaniczną, ale jednocześnie przewidującą. Na wyjeździe chcę wykorzystać każdą chwilę w stu procentach, więc wcześniej robię zarys każdego dnia, aby wiedzieć co zobaczyć i gdzie pojechać. Co nie wyklucza nagłych zmian planów i odkrywania miejsc poza wcześniej ustaloną trasą. W końcu podróże są nieprzewidywalne!

2. Czas podróży. Chłonę otaczającą rzeczywistość wszystkimi zmysłami, włącza mi się tryb odkrywcy i poszukiwacza przygód.

3.Mój wysoki poziom zachwytu ostatnio przebytą podróżą utrzymuje się średnio miesiąc lub dwa… Wtedy piszę relacje, obrabiam zdjęcia, porządkuję wspomnienia i przywiezione materiały, a potem zaczynam planować kolejny wyjazd i tak… w kółko.

Uwielbiam czytać blogi podróżnicze, więc jeśli ktoś poszukuje takowych to chętnie coś polecę (wybór będzie duży). W wolnych chwilach wyszukuję fajnych ofert, marzę, planuję. Moja lista miejsc do odwiedzenia wydłuża się w zawrotnym tempie. Mam wielką chęć odkrywania nowych krajów i zakątków oraz jestem uzależniona od uczucia kiedy na horyzoncie pojawia się nowa podróż... Programy podróżnicze, artykuły, filmiki bardziej doświadczonych podróżników- wszystko mnie inspiruje, więc mam nadzieję, że już niedługo wyruszę na własne dalekie wyprawy! Dlatego trzymajcie kciuki!

10 cech prawdziwego podróżnika według Turkusowej:

1. Prawdziwy podróżnik zamiast nowego telewizora z zakrzywionym ekranem albo najnowszego modelu Ferrari, chętnie kupiłby bilety do jakiegoś fascynującego zakątka globu. 

2. Ów fascynujący zakątek dla „normalnego” człowieka to jakaś nieciekawa dziura na drugim końcu świata, gdzie nie dociera nawet Wi Fi, a w hotelu ( jeśli w ogóle jakiś tam jest) nie ma ciepłej wody.

3. Na pytanie, na co wydałbyś milion bez zastanowienia odpowiada: wyprawa dookoła świata i kilka innych w przyszłości.

4. Kiedy inni planują po raz piętnasty z rzędu udać się do Kołobrzegu ( z całym szacunkiem do rodzimego kurortu) podróżnik myśli, do jakiego nowego kraju by się wybrać.

5. Zamiast czterdziestokilogramowej walizki wybiera czterdziestolitrowy plecak, a dwadzieścia podkoszulków zamienia na aparat i kamerę.

6. Od pięciogwiazdkowych hoteli zdecydowanie bardziej woli swój rozklekotany namiot i puchowy śpiworek.

7. Nieznajomość egzotycznego języka nie stanowi dla niego problemu, bo przecież od czego jest język migowy?

8. Jego żołądek, choć nieraz tęskni za rosołem i bigosem, nie wzgardzi miską ryżu albo potrawką z puszki.

9. Loty z przesiadkami, podróż autostopem za jeden uśmiech to synonimy najlepszych przygód.

10. Przebywanie wśród lokalnej ludności zamiast zespołu hotelowych animatorów nie traktuje jako nieudogodnienia, ale okazji do poznania nowej kultury.

I pomyśleć, że kilkanaście lat temu traktowałam podróżników jak wariatów, którzy na własne życzenie odbierają sobie wakacyjne wygody i beztroskie lenistwo pod palmami, a zamiast tego wolą jeździć po obcych krajach i narażać się niepotrzebne niebezpieczeństwa. Jak to dobrze, że jednak odkryłam w sobie tą podróżniczą klepkę, która od zawsze tkwiła w mojej głowie i nie wiedzieć czemu na początku nie chciała się ujawniać… Kto inny lepiej zrozumie podróżnika jak nie drugi podróżnik, który także posiada podróżniczą klepkę? To właśnie ona rozbudza chęć odkrywania, stawiania kolejnych celów i pozwala przetrwać każdą gorszą chwilę oraz niepowodzenie w podróży, nieustannie motywując do kolejnych wyjazdów.




Prześlij komentarz