Jak Walencja goi rany?

wtorek, 17 maja 2016
data:post.title
Miało być intensywne, dwudniowe zwiedzanie pełnej zabytków Grenady... Była rezerwacja hostelu, plan wycieczki i ogromny apatyt na to miasto. Jednak życie miało inne plany, a ilość biletów na zwiedzanie Alhambry nieubłaganie ograniczona. Co więc zrobiłam, aby po stracie Grenady podróżniczy wilk pozostał syty a hiszpańska owca cała? Udałam się do Walencji...

Kiedy planowałam zwiedzanie Grenady z tyłu głowy miałam już przyszłe pisanie posta. Podczas przeszukiwania wszelkich dostępnych zasobów o tym mieście znalazłam cytat:"(...) nie ma nic gorszego na świecie niż bycie ślepcem w Grenadzie". O Walencji zaś czytałam, że jest ładna, ale nie oferuje zbyt wiele, a warte zobaczenia jest jedynie ścisłe centrum. Wyobrażacie sobie mój stan kiedy dowiedziałam się, że muszę zrezygnować z jednego na rzecz drugiego? Woda w moim organizmie była naprawdę bliska wrzenia...

Jednak na horyzoncie pojawiła się Walencja. I choć od razu skazana na porównania, wytykanie wad i narzekanie, że to nie Grenada :P potrafiła nie tylko się obronić, ale też zagoić moje podróżnicze rany. Zostawiła też ciekawe miejsca na kolejne wizyty- ale z niej spryciara...


Bo Walencja to typowa Hiszpanka- wyrazista, głośna, przyciągająca uwagę, temperamentna, a jednocześnie subtelna i kojąca... jednym słowem powinniście ją poznać!



Walencja to stolica paelli, czyli tradycyjnego dania w Hiszpanii. Spragniona nowych smaków owoców morza, prawie tak samo jak hiszpańskiego słońca, zwiedzanie miasta rozpoczynam od... restauracji nad brzegiem morza. Jednak tutaj mam dla was już pierwszą wskazówkę:

Nie odwiedzajcie Walencji w niedzielę, a już na pewno nie tę, na którą przypada Dzień Matki, czyli w tym roku 1 maja...

bo nie znajdziecie wtedy wolnego stolika, a wasze brzuchy podobnie jak mój, będą musiały się zadowolić ofertą z fast foodów (pewnie w Dzień Dziecka byłoby odwrotnie). Jednak co się odwlecze to nie uciecze, więc na paellę też nadszedł czas, ale to już osobny post :).

Skupisko ciekawych zabytków w centrum miasta to jedna z największych zalet Walencji. Nie trzeba martwić się komunikacją, bo wszystko jest w zasięgu ręki- od zabytków, przez zaplecze gastronomiczne, aż po strefę rekreacyjną. A więc... zaczynamy!

Samochód zaparkowany (jakimś cudem zostało miejsce w podziemnym parkingu- my korzystaliśmy z tego przy placu św. Augusta.) Stamtąd jak kamieniem dorzucić znajduje się rozległy Placa de I' Ajuntament, przy którym wnoszą się okazałe budynki- Poczty i Ratusza, a po drugiej stronie ulicy znajduje się kilka fastfoodów. 






Aleja Marii Cristyny (zdjęcie powyżej) doprowadza mnie do Placa del Marcat. Jeden skwer, a trzy ważne punkty zaliczone! Mam na myśli Mercat Central, który w niedzielę niestety był nieczynny. W pozostałe dni na tej największej hali targowej w Hiszpanii znajdziecie obfitość owoców morza, regionalnych produktów i świeżych owoców. Obok budynku Mercado znajduje się zabytkowa Llotja, czyli giełda jedwabiu z XV wieku. Budynek można zwiedzać we wszystkie dni oprócz poniedziałku. I choć nie słychać już okrzyków sprzedawców luksusowego materiału, kamienne płaskorzeźby i rzygacze nadal robią wrażenie.




Między Mercado, a giełdą jedwabiu znajduje się kościół pw. Św. Jana. Jednak tutaj uwaga dla miłośników architektury sakralnej- w Walencji, podobnie jak w całej Hiszpanii, większość kościołów pomiędzy mszami jest zamknięta na cztery spusty, więc pozostaje tylko oglądanie z zewnątrz.

Opuszczam klimatyczny "plac targowy", aby po kilku minutach trafić na Placa Lope Vega, skąd obracam się o 360 stopni na Placu Redona. Niestety potem mylę wąskie uliczki i zamiast przed kościołem św. Katarzyny wychodzę prosto na Placa de la Reina. Stamtąd odjeżdża m.in. turystyczny, zielony autobus. Niczym błędni rycerze w poszukiwaniu Świętego Graala ruszam w kierunku największej katedry Walencji (Cathedral de Valencia). Przylega do niej ośmioboczna dzwonnica Miguelete. Można z niej podziwiać panoramę miasta- cena 2 euro.



Z kościoła kieruję się w prawo, mijając po drodze nieruchomego Jacka Sparrowa, Peruwiańczyka grającego na gitarze w towarzystwie dwóch lalek i Hiszpana dającego koncert gry na czymś w rodzaju gongu, docieram do miejsca, które w Walencji oczarowało mnie najbardziej.





Placa de la Mare de Deu lub po prostu Placa de la Virgen. To miejsce klimatyczne, gdzie czas zwalnia, a rosnąca przy nim duża sosna przechyla się niczym mdlejąca pod wpływem walenckiej atmosfery dama. Liczę rzeźby fontanny, która symbolizuje rzekę Turię i jej osiem odpływów, podziwiam Bazylikę Matki Bożej Bezdomnych i... choć czas goni, a słońca zbliża się do horyzontu coś nie pozwala mi iść. Jeszcze minuta, dwie, trzy, muszę nasycić oczy tym widokiem. W końcu opuszczam plac i kieruję się przed budynek Palau Generalitat. Jak widać na zdjęciu nie ja jedna...



Uliczki, kamienice, zaułki... Wiecie, że uwielbiam chodzić nimi godzinami, chować mapę do kieszeni i po prostu błądzić. Zawsze odkrywam coś niezwykłego i jak tylko mam okazję powtarzam czynność ponownie. Walenckie stare miasto pod tym względem nie zawodzi- klimatyczne latarnie, mozaikowe napisy ulic i nazw kamienic, kwiaty, ukryte między kolorowymi kamienicami maleńkie skwery, gdzie można bez pośpiechu sączyć horchatę i degustować tapas...





Przechodzę pod Torres dels Serrans, jedną z bram miasta i nagle przenoszę się do walenckiego raju. W ciągnącym się przez 12 km wyschniętym korycie rzeki Turii utworzono CulTurię, czyli kompleks parków, boisk i miejsc rekreacji.



Napełniona pozytywną energią zieleni znów gubię się w wąskich uliczkach. Mijam liczne skwery i place, m.in.: Carmen, Negret czy Dr. Collado. Obrzeża centrum nieco różnią się od wcześniej wymienionych miejsc. Są mniej wzniosłe, bardziej mroczne i tajemnicze. Widać to po budynkach, lokalach, mijanych po drodze ludziach. Taką Walencję też warto odkryć i poczuć. Ale to miasto posiada także uśmiech dziecka, skrywając w swoich zakamarkach małe domki przyklejone do muru, metalowe rzeźby kotów, liczne murale. Ach i te wszechobecne drzewka pomarańczowe oblepione owocami już w końcu kwietnia. Z chęcią zostałabym na dłużej, ale...



Ostatnim punktem mojego dnia jest Miasteczko Sztuki i Nauki. Pięknie prezentuje się o zachodzie słońca, więc polecam odwiedziny właśnie o tej porze. W środku znajdziecie m.in. Oceanarium, Operę, Muzeum Sztuki czy Planetarium. I tak o to z czasów Michała Anioła i barokowego przepychu Walencja oferuje podróż w czasie aż do dalekiej przyszłości, kiedy loty w kosmos będą na porządku dziennym :).






Nie byłam w Grenadzie, więc nie mogę porównać tych dwóch miast. Jednak jeden dzień w Walencji pokazał, że jest ona równie warta odwiedzenia i... nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Więc jeśli wy też w przyszłości przegapicie bilety do Alhambry to nie zastanawiajcie się długo i dajcie szansę Walencji. Nie będziecie żałować, bo w tym mieście do szczęścia niczego nie brakuje!














Prześlij komentarz