Tabarca, gdzie stary człowiek patrzył w morze, a czas miał sjestę z kotami

niedziela, 29 maja 2016
data:post.title
Macie czasem tak, że choć przed wyjazdem do jakiegoś miejsca przejrzycie cały internet i przewodniki to i tak po przyjeździe znajdujecie nieznane zakątki, o których istnieniu nie mielibyście pojęcia? 

Tak było w przypadku Tabarci. To malutka wysepka należąca do Alicante, położona od miasta w odległości 20 km w głąb morza, natomiast 8 km od miejscowości Santa Pola.

Gdybym nie odwiedziła Alicante pewnie nigdy bym o niej nie usłyszała, a co dopiero mówić o zobaczeniu... Ujrzeniu maleńkiego świata, w którym nie ma ani jednego auta, supermarketu i korporacji... Świata, który zatrzymał się gdzieś w XIX wieku i nie zamierza gonić rozpędzonej cywilizacji.
Kolorowe domy z drewnianymi okiennicami, kamiennymi kapliczkami i papierowymi kwiatami, oddzielają od siebie wąskie uliczki, którymi leniwie przechadzają się koty przeróżnej maści. Jest ich na wyspie przynajmniej kilka razy więcej niż stałych mieszkańców, gdyż doliczyć się tutaj można zaledwie osiemdziesięciu osób. 

Rejs statkiem z Alicante trwa ok. godziny i kosztuje 19 euro w dwie strony za osobę dorosłą. Dochodzi 10 rano, a ja wraz z moim kochanym towarzystwem pędzimy na statek, przekonani o punktualności kapitana. Ale przecież jesteśmy w Hiszpanii, tutaj czas biegnie inaczej, więc na statku spędzamy jeszcze dobre 15 min. Powiewają hiszpańskie flagi i nasze włosy- płyniemy. Na razie na horyzoncie tylko mewy i białe żaglówki, żadnej wyspy nie widać. Buja i wieje aż miło! W końcu w oddali pojawiają się dwie piaskowe wieże kościoła, potem mury obronne i cała wyspa. Jest złożona z dwóch części- jednej zamieszkanej, drugiej dzikiej, porośniętej opuncjami i trawami. Wśród widać latarnię morską. Jednak niech Was nie zwiedzie ta ilość wymienionych miejsc, bo Tabarcę obejdziecie w 10 min.

Do Tabarci można dostać się tylko drogą morską, no, ewentualnie powietrzną, ale o takiej nie słyszałam, dlatego pierwszym punktem, który wita odwiedzających jest mały, ale za to bardzo malowniczy port. Kolorowe łódeczki bujają się spokojnie, nadając rytm życia całej wyspie. Nie wiem, jak sytuacja wygląda w sezonie, ale w kwietniu jest tutaj cicho i prawie bezludnie.




Z jednego jej końca Tabarci widać początek, jednak po co się spieszyć skoro już się znalazło w tej błogiej rzeczywistości? Charakterystyczna zabudowa i przyjazny klimat tego miejsca sprawiają, że nawet nie zauważam tutaj braku jakichkolwiek pojazdów. Na wyspie nie ma stacji benzynowej, odległości małe, a uliczki tak wąskie, że i tak żadne auto nie miałoby tu racji bytu. 
Pisząc tego posta przypominam sobie starszego człowieka, który stał w otwartym oknie i patrzył ze spokojem w otwarte morze. Albo pana siedzącego w popielatym kaszkiecie, siedzącym na przed wejściem do jednej kamieniczki. Oboje pogrążeni byli w zadumie. Widząc takie obrazki, uśmiecham się ironicznie na myśl o gonitwie mojej rzeczywistości, zazdroszcząc w duchu, że nie mogę przenieść się na Tabarcę częściej.




Od głośnego Alicante dzieli nas zaledwie 20 km, ale otoczenie przybiera znacznie odleglejszą postać. Krążymy po Tabarce kilka razy, oglądamy ją z każdej możliwej strony. 

Od północy wznosi się kościół, oczywiście zamknięty w ciągu dnia. Spotkany w kawiarni ksiądz miał otworzyć wrota o 15. Ale najwidoczniej zapomniał, więc pozostał nam tylko wygląd zewnętrzny. Budowla p0rzylega do samego klifu, jest najwyższym ponktem wyspy.
 

Od południa znajdują się plaże i zatoczki. Zbocza porastają żółte i różowe kwiatki. Na klifie komunijne dzieci bawią się starym, drewnianym wozem. Czas płynie beztrosko.




Wschód Tabraci stanowi jej niezamieszkana, znacznie rozleglejsza część. Znajdują się tam pozostałości fortu, wcześniej wspomniana latarnia morska oraz rzadkie gatunki roślin i lęgowiska ptaków. Na tle falujących dzikich zbóż, wyspa prezentuje się znakomicie.




Zachód to mury obronne z punktami widokowymi, z których roztacza się widok na pobliską Santa Polę oraz żaglówki. 



W centrum natomiast znajdziecie niewielki rynek, kilka małych restauracji,  hostele, sklepiki z pamiątkami i plac zabaw. I sieć maleńkich, kamiennych ulic z jednopiętrowymi, rybackimi kamieniczkami.








Rejs powrotny jest o godzinie 16, ale z wyspą trudno się rozstać. Ostatnie spojrzenie na kwiecisty klif z widokiem na osadę. Ostatni wdech powietrza bez spalin. I jeszcze szybki spacer przez pustą plażę do ogrodzonej latarni. 

Tabarca to zupełnie inne wcielenie Hiszpanii. Daleko jej do kurortu, ale w konkursie na miejsce do odpoczynku trudno z nią rywalizować. Fajne są takie małe, inne światy. Polecam każdemu!












Prześlij komentarz