Litwa- gdzie za matrioszkę płacisz w euro

sobota, 8 października 2016
data:post.title
Litwa to państwo kontrastów, kraj niespodzianek, w którym nic nie jest do końca oczywiste. A może byłam tam za krótko, żeby te "nieoczywistości" zrozumieć? A może dowiedziałam się o wielu z ich naraz? Jedno jest pewne, chyba nie potrafię napisać o naszej wschodniej sąsiadce jednoznacznego i obiektywnego posta. Postanowiłam jednak opowiedzieć Wam o moich wrażeniach z pobytu w litewskim markecie z batonikami "Pupa", spacerze po wileńskiej starówce, która sąsiaduje z drewnianymi chałupami, o chlebie z kminkiem, baśniowych wioskach i wyrazowych "asach"...

A na koniec podpowiem co, gdzie i za ile, można lub warto przywieść z Litwy.

Na Litwę z Polski prowadzą dwa przejścia graniczne: jedno opanowane przez sunące ze wschodu na zachód lub odwrotnie tiry w Budzisku oraz pełne autokarów wycieczkowych (polskich oczywiście) i samochodów osobowych w Ogrodnikach. Od Augustowa do Ogrodnik dystans wynosi ok. 50 km, natomiast trasa Augustów- Wilno to już ok. 215 km.

Odwieczną opinią Polaków na temat Litwinów jest to, że nas nie lubią. Czy jest to prawda czy tylko utwierdzany przez lata w naszej mentalności stereotyp? Nie wiem, ale podejrzewam, że sprawa wygląda podobnie jak nasze stosunki z zachodnim sąsiadem. W każdym razie podam jeden przykład, który zobrazuje rzeczywistą, aczkolwiek uogólniającą sytuację.


Jak już wspomniałam przejście graniczne w Ogrodnikach pełne jest polskich autokarów wycieczkowych, a wycieczki zorganizowane do Wilna cieszą się na Suwalszczyźnie ogromną popularnością. Nie jestem w stanie podać liczby, ale sądząc po ilości ofert turystycznych i mijanych autobusów, dziennie na Litwę w sezonie wakacyjnym przyjeżdża kilka tysięcy Polaków. Kim jesteśmy w takiej sytuacji dla Litwinów? Spójrzmy prawdzie w oczy- pieniędzmi i jednym z głównych środków utrzymania turystycznego. Jako jedna z tych kilku tysięcy polskich turystów przyjeżdżam do Trok, oddalonych od naszej granicy o jakieś 180 km. Podczas zwiedzania zamku wszystkie gabloty są opisane językami: litewskim, rosyjskim, niemieckim, angielskim i francuskim. Może 10% z nich zawierało polskie opisy. Podkreślam, jest to fakt generalizujący sprawę, jednak obrazujący szacunek do Polaków, a właściwie jego brak...

Zostawmy stosunki międzynarodowe, w końcu nikt nam na Litwę nie kazał jechać. Dlatego skoro odwiedzamy nasze dawne ziemie, trzeba uszanować obecnych właścicieli. 

Litwa to kraj nadbałtycki, czuć więc klimat wschodu, widać niektóre cechy. Mi w oczy rzuciło się przede wszystkim małe zaludnienie oraz skupienie ludności w większych ośrodkach miejskich. Po drodze nie mijamy właściwie żadnych wiosek czy mniejszych miasteczek. Z autostrady widać jedynie pojedyncze gospodarstwa, oddalone od siebie nawzajem, kiedy natomiast wjeżdżamy do miasta, słyszymy: "To jedno z większych miast Litwy". Przykładem takiego większego miasta na naszej trasie była Olita, licząca ok. 50 tysięcy mieszkańców. Największa jest oczywiście stolica, którą zamieszkuje ok. pół miliona ludzi. Pozostałe dwa największe ośrodki miejskie to Kowno (ok. 300 tys.) i nadbałtycka Kłajpeda (160 tys.). 

Lekko poruszona litewska rzeczywistość 
Litwa od dwóch lat jest w strefie euro, jednak próżno szukać tam typowo zachodnich sieci spożywczych. Rynek opanowały trzy litewskie markety, które dyktują swoje, ustalone ceny. Z tego względu na Litwie jest stosunkowo drogo. 

Sprawa pamiątek wygląda za to podobnie jak w innych typowo turystycznych miejscach. Na litewskich straganach prym wiodą plastikowe obrazki z wizerunkiem Matki Bożej Ostrobramskiej oraz drewniane, pyzate matrioszki, które z Litwą za wiele wspólnego nie mają. 

Rosyjskie matrioszki "made in China", za które płacisz w euro, ułożone w szeregach na wystawach w samym centrum Wilna... Rozumiecie coś z tej zabawnej mieszanki? 


To nie koniec niespodzianek. Litwa jako kraj strefy euro, Wilno jako wciąż rozwijająca się stolica, na pierwszy rzut oka powinni dążyć do zbliżenia się do państw zachodnich. 
Z jednej strony na przedmieściach Wilna widać dźwigi i wieżowce w trakcie budowy, dzielnica bankowa wyraźnie się rozwija. Z drugiej zaś w centrum, pomijając świetnie odnowioną ścisłą starówkę, często widać drewniane, podupadające chałupy, na skrzyżowaniach zabite dechami domy. 

W tle nowoczesna dzielnica Wilna
Zabytki opisane językami europy zachodniej kontrastują z litewskimi nazwami- "asami". Po drodze mijam "antikwariatas" i "taksofonas", produkty w sklepach, nazwy miast, imiona, ulice... Litewskie "asy" są wszędzie i dumnie pilnują narodowej tożsamości, co by się za bardzo nie zglobalizować. 



I choć skrajności w takich działaniach nie popieram, to te nazwy były akurat bardzo przyjazne i pocieszne. Niczym wszechobecne flagi na ulicach Szwajcarii. Takie akcenty patriotyzmu zawsze budzą podziw obcokrajowców. 

To może teraz jak już jestem przy klimatach narodowych... Tak jak u nas schabowy i pierogi, tak na Litwie ziemniaczane bliny i cepeliny, kindziuk oraz chleb z kminkiem. Ten ostatni zasmakował mi wyjątkowo, a po powrocie z Litwy żałowałam nawet, nie zakupiłam go w większej ilości.

Chleb z kminkiem na wystawie jednej z wileńskich piekarni


Obowiązkowym punktem każdej wycieczki do Wilna są jak się domyślacie odwiedziny w markecie. Ja buszowałam akurat w "Maximie".

Co litewskiego warto przywieźć do Polski? 

Pyszny chleb z kminkiem, kindziuka, serki w formie batoników w polewie czekoladowej z owocowym nadzieniem (znajdziecie je w lodówkach, cena ok. 0,3 do 0,6 euro), piwo "Švyturys" lub owocowe nalewki oraz chałwę ze słonecznika i czekoladki "Vilnius". 

Jeśli natomiast macie ochotę zasmakować litewskiej lub karaimskiej (o Karaimach więcej tu) kuchni warto spróbować kibinów z baraniną- sztuka ok. 2 euro lub cepelin z kwaśną śmietaną- ok. 6 euro za porcję (cena w Wilnie).

Pobyt w litewskim markecie w ogóle jest doświadczeniem niezmiernie ciekawym. Nasuwa mi się powiedzenie, że pozory mylą, bo choć Polska niedaleko, to ni w ząb mogłam zrozumieć tamtejsze napisy, a nawet wywnioskować z fonetycznego brzmienia chociaż zbliżone znaczenie nazw. I tu pojawia się jeszcze kolejny paradoks, którego nie mogę pominąć i wyjątek, który potwierdza regułę... Jest nim jednoznacznie brzmiąca "teściowa" :). Polecam poszukać tym, którzy do swoich nie pałają wielką sympatią. 

Podsumowując Litwa intryguje, zaskakując. Przyznam, że chętnie poznawałam jej zwyczaje i obowiązujące zasady, próbując je sobie wyjaśnić oraz jak najlepiej zapamiętać. Oprócz zwiedzania Wilna, litewskich zakupów, smakowania tradycyjnych dań, miło wspominam podróżowanie po Litwie autokarem. Dopiero wtedy widać największą różnicę w czasie, historii, teraźniejszości. Litewskie widoki bardziej przypominały mi wyidealizowane opisy z "Pana Tadeusza" niż rzeczywistość europejską z XXI wieku. Odchodzące od głównej drogi polne dróżki, drewniane, kolorowe chaty bez płotów, ciągnące się po horyzont złote łany pól, wąskie strumienie i rozległe lasy. Taka Litwa została mi w pamięci, mam nadzieję, że do kolejnych odwiedzin.







Prześlij komentarz