"Końca świata nie było"- recenzja książki Anity Demianowicz

sobota, 11 lutego 2017
data:post.title
Blog Anity Demianowicz śledzę już od dawna. To dzięki niej odkryłam Kruszyniany, to dzięki niej dowiedziałam się ciekawych informacji o Ameryce Południowej czy Azji. To w końcu dzięki jej podróży przez Polskę na dwóch kółkach, nabrałam ochoty na jakąś dłuższą wyprawę rowerową. Jednym słowem cenię zarówno Anitę Demianowicz, jak i całą jej dotychczasową działalność, nie tylko w sferze bloga.

Kiedy dowiedziałam się więc, że niedługo pojawi się na rynku jej debiutancka książka, nie mogłam się tej chwili doczekać.

Na początku oczarowała mnie już sama okładka, niebanalny tytuł i wygląd książki. Lubię pozycje podróżnicze wydawane przez "Bezdroża". Jeśli chodzi zaś o zawartość, lekturą się nie zawiodłam, książkę polecam, choć...


Pierwsze określenie, jakie pojawia się w notce o autorce to "podróżniczka", jednak samą treść rozpoczyna na pierwszy rzut oka przewrotne zdanie: "Nie chciałam być podróżniczką"...

Czasami dobrze, kiedy życie ma wobec nas inne plany, a my się im nie oprzemy. Ta wyprawa, bo to jest chyba najlepsze określenie samotnej, pięciomiesięcznej podróży przez Amerykę Południową (Gwatemala, Honduras, Salwador, Meksyk), była od początku skazana na przełom.

Dlaczego? Bo chyba rzadko w śnie ukazuje się Gwatemala, do której następnie się wyrusza, a potem rozpoczyna nowy rozdział w życiu, związany z prawdziwą pasją- podróżami. 

Anita, podobnie jak wielu poprzednich podróżników, których relacje książkowe miałam przyjemność czytać, poniekąd porzuciła swoje dotychczasowe, stabilne, "poukładane" życie. Nie była zawodowcem w dziedzinie podróży, wcześniej nie podróżowała sama, nie odwiedziła tamtych terenów. Nie uważała się za bohaterkę, chociaż kiedy czytałam o nocnym wychodzeniu z namiotu w środku dżungli, podróżowaniu najbardziej niebezpiecznym chickenbusem albo samotnym błądzeniu po ciemnych, salwadorskich bezdrożach..., szczerze ją podziwiałam i za bohaterkę uznawałam. 

Ta książka jeszcze pod jednym względem, od innych tego typu, się nie różni. Samotna wyprawa, choć nie pozbawiona trudnych sytuacji, chwil strachu, niepewności, bezsilności, momentów tęsknoty i zwątpień, wpłynęła na życie autorki pozytywnie, zmieniła jej myślenie, pozwoliła poznać siebie.

A jednak jest jedyna w swoim rodzaju. To subiektywna relacja, bogata w ludzkie historie, żywe obrazy oglądanej rzeczywistości i szczery rozrachunek z samą sobą. Tak, ta książka jest niewątpliwie szczera, pełna emocji i wspomnień. 

Dlatego jeśli szukacie konkretnych miejsc, wskazówek czy praktycznych informacji, po prostu sięgnijcie po typowy przewodnik, a książkę "Końca świata nie było" zabierzcie na wygodną kanapę z kubkiem czekolady i ruszcie w podróż razem z autorką.



W pamięć zapadło mi jedno z początkowych wspomnień z podróży, opisujące pierwszą noc spędzoną na lotnisku z Bostonie. Nie należał ten nocleg do najwygodniejszych i najspokojniejszych. Autorka podsumowuje to jednym zdaniem: "Przyzwyczajaj się. (...) Jesteś poza strefą swojego komfortu."

O to chyba właśnie chodziło w tej podróży. Dlatego są niebezpieczne i niewygodne chickenbusy, przed którymi wszyscy ostrzegali, spartańskie warunki noclegowe, błotniste i męczące trekkingi w Andach. 

Czytając kolejne rozdziały miałam wrażenie, że w każdym następnym kraju jest coraz bardziej niebezpiecznie, jak wynikało z przestróg spotykanych po drodze ludzi i relacji samej autorki, która pomimo to, wciąż jechała naprzód. Nie wyzbyła się strachu, ale ograniczyła go. Dzięki temu odkryła miejsca, do których  biała kobieta  do tej pory nie dotarła, uczestniczyła w indiańskich obrzędach, przeżyła wizytę u dentysty w Hondurasie, czy przeprawę wpław przez grotę de Lanquin, była także świadkiem Świąt Wielkanocnych i uczyła się hiszpańskiego w szkole językowej...

Mogłabym wymieniać jeszcze długo, ale innych przygód Wam nie zdradzę, bo nie chcę odbierać przyjemności z czytania i przeżywania, jakiej sama doświadczyłam podczas lektury.

A to jedno moje "ale" z początku postu, to... niedosyt, że tak szybko się ta opowieść skończyła, bo o niektórych faktach poczytałabym jeszcze więcej. Dobrze, że Anita prowadzi świetnego bloga, wciąż się rozwija, organizuje "Trampki" (spotkania podróżujących kobiet), planuje kolejne podróże i co najważniejsze, nie ustaje w spełnianiu marzeń oraz byciu szczęśliwą.

Wolę nie myśleć, co by było, gdyby wtedy tego biletu nie zarezerwowała... Na szczęście to zrobiła i "końca świata nie było"... Jest za to wielka inspiracja dla tych, którzy chcą, ale jeszcze mówią "nie teraz, może kiedyś". Nie ma kiedyś. 


Jest teraz. 





Prześlij komentarz