Najbardziej szalona książka podróżnicza- "Pirania na kolację"

niedziela, 12 marca 2017
data:post.title
To był ten zakup, który zastępujemy słowem impuls. Po prostu byłam w markecie, a że zamiast oglądania ubrań i patelni wolę stoisko z książkami, od razu skierowałam się w jego stronę. "Pirania na kolację"? A cóż to? Kucharska, wędkarska? Nie, podróżnicza! I to jaka! Polecam każdemu, bo ta książka jest po prostu niezwykła! O takich szalonych, jednocześnie opisanych tak bezpośrednim i szczerym językiem przygodach, dawno nie czytałam.


Twoja przygoda z autorami zacznie się tak: 

Korek w drodze do pracy. Za oknem szaruga, zaraz ósma, początek nowego dnia, który niczym nie różni się od tego wczorajszego, sprzed tygodnia, miesiąca i następnego półrocza.  Znasz taką rzeczywistość? 

Tylko zamiast pytania:

"A wyłączyłeś przed wyjściem żelazko?", pada: "Powinniśmy wyjechać w podróż dookoła świata".

Ten początek zdradziłam, bo moim zdaniem stanowi on kwintesencję całej opowieści. Opowieści o podróży pełnej dystansu, spontaniczności, umiejętności poddania się chwili. Jednocześnie z ogromną porcją wytrwałości, samozaparcia i opuszczenia strefy komfortu. Ale nie na tydzień czy dwa, ale na prawie... cztery lata. I nie tak, aby widzieć to swoje stare życie gdzieś na horyzoncie, żeby po dniu pełnym przygód do tej strefy komfortu wracać. To podróż oddalona od przewidywalnej i uporządkowanej przestrzeni o parę tysięcy mil (morskich). 

Dla przeciętnego Kowalskiego powinno wydać się to abstrakcyjne i nieosiągalne. To jest właśnie największa niespodzianka tej książki...


Podróż Magdy i Tomasza Boguszów trwała prawie cztery lata. Moja przygoda z tą książką była znacznie krótsza, ale niemniej fascynująca. Dlaczego? Bo podczas czytania podróżowałam "babcią Hondą" po USA, rozklekotanym motorem "Tornado" po Ameryce Południowej, jachtostopem przez Pacyfik i rowerem przez Azję. Dzięki fantastycznemu językowi i narracji odczuwałam wraz z nimi uciążliwości drogi, miałam nudności na myśl o ich przeprawie przez ocean, czułam smak pomelo jedzonego gdzieś na wyspach Oceanii i ssanie pustego żałądka podczas górskich wędrówek. Ich oczami podziwiałam widoki, słyszałam dźwięki, spotykałam ludzi. 

Zżyłam się z autorami bardzo. Nauczyłam się ich stylu podróżowania, polubiłam spontaniczność i nutkę wariatctwa, chociaż oni nigdy specjalnie nie ryzykowali, a szalone dla czytelnika przygody nie były objawem nieodpowiedzialności, ale chęci poznania prawdziwego oblicza świata. Ich celem była podróż, ze wszystkimi zaletami i wadami. Trudnościami, radościami, zawodami i happy endami. Dystans do siebie i podróży oraz akceptacja poznawanego świata to klucz do zrozumienia tej historii. 

A wiecie co jest w tej historii najlepsze, co czyni ją tak sympatyczną i wciągającą, iż nie sposób się oderwać?

Ciekawość, ile jeszcze "niewykonalnych" doświadczeń okaże się możliwych do zrealizowania. O ilu słabościach do pokonania jeszcze przeczytasz...

Bo choćby ta kolejna przygoda wydawałaby się dla mnie nie wiem jak niebezpieczna, nierealna i niewykonalna w obecnych warunkach, to zawsze na końcu jej opisu pojawiało się zdanie, że Magda i Tomasz też byli w danej dziedzinie laikami. Przemierzali ocean z niewielką wiedzą o sterowaniu łodzią, zdobywali szczyty w Andach bez wysokogórskiego doświadczenia. Tym sposobem za każdym razem udowadniali, że nie ma rzeczy nieosiągalnych, każde marzenie można spełnić. Nie ma wykrętów w stylu "nie znam się, nie wiem jak to zrobić". Jeśli chcesz- zrób to. Wystarczy tylko (?) odwaga, samozaparcie i chęci.

Nie masz pieniędzy na wizy? Pracuj w podróży. Nie stać cię na samolot- płyń pół roku jachtem przez ocean. Nie możesz kupić dwóch porządnych motorów?- przejedź kontynent na jednym. Nie masz doświadczenia w kierowaniu jednośladem- w chaotycznym Meksyku też można go nabyć.

I tym sposobem po przeczytaniu "Piranii na kolację" człowiek jest pozbawiony wszelkich wymówek, wykrętów i uprzedzeń do podróżowania. Powiem więcej, z kolejnymi rozdziałami ochota na sprawdzenie samego siebie a takich okolicznościach wzrasta, bo przecież każde ograniczenie da się pokonać.  Świńską skórę da się przełknąć, z mieszkańcami Fidżi da się porozumieć, piranię na kolację da się złowić, w Sydney da się znaleźć pracę, a trąbiące non stop Chiny przemierzyć rowerem. 


Jednak ta cała opowieść nie miałaby tej pogody ducha, tej pozytywnej energii, którą chce się czerpać garściami, gdyby nie pióro Magdy- idealne dopasowane do każdej historii, czasami szczere do bólu, bezpośrednie, pozbawione ogródek. Pełne obrazowych porównań, ciekawych opisów, humorystycznego charakteru, myśli przeniesionych na papier jakby "na żywo", bez przemyślanego dziesięć razy, dopasowanego do wszystkich norm komentarza. Czytając, masz wrażenie, że jesteś tam razem z nimi, w tamtej chwili, dniu, kolejnym kraju, na środku oceanu.

Lektura tej książki to przyjemność sama w sobie, to mieszanka różnych uczuć, pośród których dominuje radość. Zawsze razem, zawsze do przodu, zawsze optymistycznie, choć trudnych, a czasami niebezpiecznych momentów nie brakowało. 

Mam nadzieję, że chociaż w małym ułamku udało mi się oddać smak tej opowieści. Kiedy przeczytałam część dotyczącą Ameryki Południowej pomyślałam: czy po takich przygodach, Azja jest w stanie zaskoczyć mnie (i ich) jeszcze bardziej? Czy jest w stanie spotkać ich coś ciekawszego? Mogło, cztery lata podróży tak szybko limitu przygód nie wyczerpują!

A jak chcecie bliżej poznać autorów to zajrzyjcie na ich bloga: www.z2strony.pl i koniecznie poznajcie dokładniej samą "Piranię na kolację"!



Prześlij komentarz