Cabo de Sao Vintente- mój kraniec podsumowań

poniedziałek, 6 listopada 2017
data:post.title
Do terminalu lotniska w Faro wylewa się rzeka ludzi. Siedzę na boku przez godzinę, obserwuję jej niekończący się strumień, opierając się popłynięcia z prądem. Czym jest dla nich wszystkich Algarve? 

Ilu z nich przeżyje zachód słońca na Przylądku św. Wincentego i odda się chwili refleksji, zamiast pstrykać kolejne zdjęcie tym samym wielkim falom? Są miejsca, które pozostają niezmienne, abyśmy to my mogli dostrzec własne zmiany. Są miejsca, które do nas mówią.  Miejsca, do których trzeba po coś wracać... 

Przylądek św. Wincentego to najbardziej wysunięty na południowy zachód kraniec Europy. W średniowieczu uznawany był za symboliczny koniec poznanego świata. Poznanego, ale nie dostępnego. Później nazywany Świętym Przylądkiem, jako ostatnie miejsce na Ziemi, z którego było widać zachodzące słońce. Dalej, za potężną fasadą pionowych klifów, jeszcze potężniejszy bezkres sino- granatowych fal. 

Ale zacznijmy od początku. Jest upalne popołudnie na Algarve, w małej miejscowości Carvoeiro, w której zatrzymałam się na trzy dni. Leżę sobie na tarasie, przeglądam zdjęcia w aparacie, aż tu nagle pada hasło: 

" Jedziemy na przylądek! Zaraz zachodzi słońce!"

Wskakujemy do samochodu, zabierając w pośpiechu tylko dresowe bluzy i chustki. Patrzymy na nie z lekkim pobłażaniem, bo jak to możliwe, żeby 70 km dalej nagle były nam potrzebne, skoro teraz czujemy się jak lody,pozostawione na słońcu? 

Ruszamy! Portugalska droga. Kręta, z widokiem na ocean i białe fronty domów, pełna popołudniowego słońca, które rozświetla ciepłym blaskiem wszystko dookoła. 

Najpierw jedziemy autostradą A22, później odbijamy na drogę N25. Do samego Sagres dojeżdżamy natomiast N268. Z Sagres pozostaje już tylko kilka kilometrów do celu. 


Przylądek św. Wincentego to bardzo popularne turystycznie miejsce. Parkingi pękają w szwach. Klify zapełniają się ludźmi, chcącymi zobaczyć ten cud natury.

Zaczyna się... przepychanka o najlepsze miejsce, rozstawianie statywów i selfie sticków. Pewnie normalnie też bym tak zrobiła. Ale tym razem jest inaczej. To miejsce jest dla mnie czymś więcej niż punktem widokowym, symbolicznym końcem.

Gdyby Portugalczycy naprawdę uważali ten przylądek za koniec, pewnie nigdy nie poznalibyśmy Azji i Ameryki. Gdyby to było ostatnie miejsce do podziwiania zachodów słońca, nie moglibyśmy zachwycać się nimi na innych kontynentach.

To miejsce za każdym razem uświadamia mi, jak ważne jest nasze nastawienie. Traktujesz każdy koniec jak nowy początek? Jak szansę na coś lepszego, rozwojowego? Jak możliwość przeżycia nieoczekiwanych przygód i zebranie zupełnie nowych doświadczeń?

Kolumb wyruszył w swój najważniejszy życiowy rejs w zwykły dzień, zostawiając za sobą bezpieczną Europę. I w tak samo zwykły dzień odkrył nieznany kontynent, zmieniając na zawsze nasze pojmowanie świata. Koniec, początek. Twoja decyzja podjęta w zwyczajny dzień, który może całkowicie odwrócić bieg twojego życia, nadając mu nowy sens.



Jeśli jesteś na Algarve i myślisz, że zatłoczony kurort z malowniczą plażą ci wystarcza, odwiedź Przylądek św. Wincentego. Ten sam kraj, to samo wybrzeże, ten sam region... 

A jednak przylądek zbudowany jest z innych skał niż pozostała część Algarve. A jednak panuje tam bardziej surowy klimat, zawsze wietrzna pogoda. Czuć surowość i potęgę oceanu, jakiej nie doświadczysz w przytulnym Carvoeiro czy Portimao, gdzie wybrzeże niczym nie różni się od tego śródziemnomorskiego. To tu uświadamiasz sobie swoją małość. Bezkresne, potężne fale, choć kojące kiedy na nie patrzysz, nie pozostawiają złudzeń, że nie miałbyś w starciu z nimi żadnych szans. 



Przypomniałam sobie jak stałam na tym samym klifie jako dziewczynka. To miejsce pozostało takie, jak je zapamiętałam. Huk wiatru i fal, lekka mgła, czerwony dach najsilniejszej latarni morskiej w Europie. Zaczęłam się zastanawiać, co wtedy myślałam, na jakim byłam etapie i jakie zmiany zaszły w mojej osobowości. Potem pomyślałam w jakim punkcie swojego życia jestem teraz. Co zrobiłam, jakie decyzje chcę podjąć, czego tak naprawdę pragnę? 

Już nie mogę się doczekać następnej wizyty. Kim będę,  odwiedzając następnym razem to miejsce. Czy nadal będzie takie samo, abym mogła dostrzec tylko swoje zmiany i poczuć spokojną myśl, że coś na tym świecie jednak jest stałe. Że te wielkie, majestatyczne fale są nadal tak hipnotyzujące. A wiatr jest tak samo porywisty i nie znudził się ciągłym lotem nad krańcem Europy. Wtedy znowu się zatrzymam i sprawdzę samą siebie.

Myśl, że za tą rozległą wodą znajduje się następny ląd, a końca świata tak naprawdę nie ma, jest najlepszą zachętą do dalszych podróży. Niech miejsce, w którym możesz posłuchać samego siebie, zrobić podsumowanie sukcesów i porażek oraz przypomnieć sobie, do czego tak naprawdę dążysz, będzie stałą przystanią na twojej mapie świata. Twojego życiowego świata.


Masz takie miejsce? Swój własny kraniec podsumowań?





4 komentarze

  1. Klify prezentują się niesamowicie - kto wie, może któregoś dnia i ja tam zawitam. Powiem szczerze, że nigdy nie myślałam o powracaniu w dane miejsce tak: "Już nie mogę się doczekać następnej wizyty. Kim będę, odwiedzając następnym razem to miejsce". Chyba warto jednak czasem się nad tym zastanowić :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto, choć też nie w każdym miejscu myślę takimi kategoriami. Tam refleksje akurat same cisną się do głowy :)

      Usuń
  2. Faktycznie, historia skłania do refleksji. Dobrze, że poruszyłaś kontekst Kolumba i wypraw na koniec świata, od razu miejsce nabiera innego znaczenia. Zawsze jak jestem na jakichś klifach, to myślę o tym, że gdzieś daleko jest jakiś inny ląd, o którym kiedyś ludzie nie wiedzieli. A teraz to kwestia kilku/kilkunastu godzin w samolocie.

    OdpowiedzUsuń